Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twarz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2013

Everlasting Foundation

Cześć :)
Przeżyłam obóz wędrowny. Doprowadziłam grupę do noclegu, więc mam nadzieję, że ocena będzie bardzo dobra. Zanim się ponownie zaaklimatyzowałam i wdrążyłam w codzienny tryb życia minęło trochę czasu. Odespałam, wprowadziłam w równowagę swój organizm i załatwiłam parę spraw osobistych. Chociaż nadal nic mi się nie chce, powolutku sobie działam na różne sposoby.

W ubiegłą środę odbyły się warsztaty makijażu z pierwszego konkursu. Anita była modelką i dla niej został dobrany makijaż. Mam nadzieję, że jest zadowolona z efektu i doboru kosmetyków. Oprócz tego wręczyłam zestaw kosmetyków, który możecie zobaczyć na jej blogu (www.anitk4.blogspot.com).
Ja niestety dopiero po powrocie do domu zreflektowałam się, że nie zabrałam aparatu, a robienie zdjęć telefonem wyleciało mi z głowy, a szkoda :) ... chociaż to motywacja do działania dla Was, żeby brać udział w konkursach, żeby osobiście zobaczyć jak wyglądają warsztaty. :)


Podkład Everlasting

EverLasting Foundation

Prawie dwa miesiące temu opisałam tu swoje pierwsze wrażenie po użyciu próbki podkładu. (Odnośnik do postu) Wydaje mi się, że po takim okresie używania pełnowymiarowego produktu to idealny czas na recenzję. Przetestowany podczas ciepłego lata i paru deszczowych dni w końcu doczekał się swojego miejsca na blogu. 

Opis producenta: Wysokiej jakości podkład z opatentowaną technologią Skincare przynoszącą wymierne korzyści Twojej skórze. Klinicznie udowodniona odporność na ścieranie się i spływanie, gwarantuje trwały, nieskazitelny makijaż przez długi czas. Lekka, silikonowa baza zapewnia aksamitnie gładkie wykończenie makijażu i zwiększa uczucie komfortu skóry. Pozwala uzyskać efekt od średnio do mocno kryjącego.

Opakowanie: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Według mnie lepsza wersja opakowań podkładów z Maybelline, a przynajmniej tego mineralnego i wszelakich szklanych buteleczek z pompką. Bardzo lekka (co jest przydatne w podróżach), lecz twarda, plastikowa buteleczka. Nawet przy użyciu siły nie można wgłębić ścianek. Ochronna nakładka, solidnie trzyma się opakowania. Nie spada i chroni przed niepożądanym użyciem np. w torebce, albo w kosmetyczce. 

Zapach: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Teraz poszłam do łazienki, zabrałam ze sobą buteleczkę i siadłam przed komputerem, żeby opisać dokładnie to co czuję. Jakoś do tej pory nie zwracałam uwagi na jego zapach. Wypompowałam drobną kropelkę na rękę i rozprowadziłam po dłoni, żeby lepiej poczuć. Odkrycie. W końcu znalazłam zapach, który tak często czuję w Filii. Nigdy bym nie pomyślała, że tak pachnie właśnie podkład. Tak jak wcześniej stwierdziłam - nigdy nie wąchałam samego podkładu i podczas codziennego nakładania go na twarz nieszczególnie zwracałam na to uwagę. Zapach jest delikatny. Kojarzy mi się z jakimś czymś kwiatowym. Zaraz po rozsmarowaniu praktycznie znika pozostawiając prawie niewyczuwalną powłoczkę. Przyjemne :)

Kolor:
Cóż, ocena tu jest tu zbędna, ponieważ kolor jest dopasowany dla mnie. Ja używam jaśniutkiego Porcelain.
Cała gama składa się z sześciu kolorów:
 Porcelain
 Fair Nude
 Nude Pink
 Natural Beige
 Light Ivory
 Warm Sand

Konsystencja: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Podkład nie ma bardzo wodnistej konsystencji. Nie rozlewa się po całej dłoni/twarzy. Można powiedzieć, że jest spoisty, ale nie jak np. farba akrylowa. Ma zwartą konsystencję, ale jednocześnie bardzo przyjemnie się go rozsmarowuje. Nie tworzą się grudki, ani nie roluje się.



Wydajność: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Używam codziennie od prawie dwóch miesiący. Nie mogę dokładnie się przyjrzeć, ale wydaje mi się, że połowa jeszcze nie została wykorzystana. Jedno, dwa pełne użycia pompki przy porannym makijażu spokojnie wystarczają na mój cały makijaż

Użycie: 
Moje pierwsze wrażenie już znacie, więc nie będę się ponownie rozpisywać. Po próbce myślałam, że zjadę ten produkt na funty, a tu niespodzianka. Co zauważyłam i doceniam?
Faktycznie długo pozostaje na swoim miejscu. Użyty rano na krem i korektor wieczorem nadal jest na twarzy. Nie spływa, w ciągu dnia wystarczy przypudrować nosek i makijaż wygląda jak robiony przed chwilą. Ultra delikatny! Nie czuć żadnego efektu maski. Bardzo lekki i nieodczuwalny. Nie pobrudziłam nim jeszcze żadnego ubrania (teraz pytanie czy uważałam, czy faktycznie nie brudzi?). Test: właśnie poświęciłam swoją bluzę i otarłam rękawem czoło i policzki - żadnego śladu. Co prawda malowałam się o 8 rano, więc zostawiam wam to do subiektywnej oceny.
Nie lubię grubych warstw podkładów, dlatego cienką warstwą wyrównuję koloryt skóry i ewentualne przebarwienia zasłaniam grubszą warstwą. Kryje bardzo dobrze! 
Co dla mnie ważne - nie wysusza skórek. W sensie... mam niedobry nawyk drapania i wyciskania wszystkich wyprysków i tworzą mi się albo suche skórki albo strupki. Zakamuflowane pod podkładem nie stają się suche.

Ciekawostka o Oriflame: Ostatnio dowiedziałam się, że Oriflame w swoich labolatoriach szuka idealnych formuł kosmetyków. Dobra, może to według niektórych nic nadzwyczajnego, ale jest jedna kwestia. Jeżeli Oriflame nie jest zadowolone z jakości i efektów tego co wymyślili, ale produkt nadaje się do użytku to jego recepturę odsprzedają innym korporacjom. Później takie 'oriflame'owe odpadki' lądują w Sephorach i Douglasach na najwyższych półkach z najwyższą ceną, a Oriflame stwarza produkt o jeszcze lepszej jakości.

Skład:
AQUA, CYCLOPENTASILOXANE, CYCLOHEXASILOXANE, TITANIUM DIOXIDE, BUTYLENE GLYCOL, NYLON-12, TRIMETHYLSILOXYSILICATE, POLYGLYCERYL-4 ISOSTEARATE, CETYL PEG/PPG-10/1 DIMETHICONE, HEXYL LAURATE, BIS-PEG/PPG-14/14 DIMETHICONE, POLYETHYLENE, MICA, CAPRYLYL METHICONE, ISONONYL ISONONANOATE, PHENYL TRIMETHICONE, CAPRYLYL GLYCOL, SODIUM CHLORIDE, IMIDAZOLIDINYL UREA, METHYLPARABEN, DISTEARDIMONIUM HECTORITE, PARFUM, PROPYLPARABEN, TRIMETHOXYCAPRYLYLSILANE, DISODIUM EDTA, ALUMINA, TRIETHOXYCAPRYLYLSILANE, HYDROLYZED CRANBERRY FRUIT/LEAF EXTRACT, PHENOXYETHANOL, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CI 77492, CI 77491, CI 77499

Ocena końcowa: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Cena regularna: 45zł/30ml
W katalogu 14 cena dla Członków Klubu Oriflame 15,31zł 
Piętnaśnie złotych za podkład? 

Dla tych, którzy chcieliby się przyłączyć do Klubu Oriflame jest szczególna promocja. 
Wpisowe do Klubu pełnego niespodzianek, energii i promocji to tylko 1zł.
Oprócz tego (!) można zdobyć takie cudeńka za łącznie 3zł!
1. Kosmetyczka i wodoodporny tusz do rzęs (wartość 94zł).
2. Zestaw Swedish Spa (wartość 68zł).
3. Super szlafrok (wartość 150zł) - ja się w nim zakochałam, jest świetny. Miękki i ciepły. 

Jeżeli chcesz zgarnać te trzy rzeczy jesteś zainteresowana/y przystąpieniem do Klubu Oriflame napisz do mnie: zolzamalina@gmail.com :) 
Czekam na mejle! :) 


sobota, 24 sierpnia 2013

Grejpfrutowa zdrada

Cześć!
Dobrze, przechodzę szybko do meritum: kolejna rzecz, którą obiecałam i spełniam.
Tak jak pisałam w poprzednim kosmetykowym poście opiszę swoją zdradę. Muszę się przyznać. Nie dotrzymałam wierności jagodowo - lawendowej serii do twarzy, której zapach doprowadzał mnie do pozytywnego szaleństwa. Mimo tego, że jej aromat nadal jest moim faworytem stwierdziłam, że działanie tych kosmetyków nie jest do końca dla mnie. Okazało się po prostu za słabe.
Pewnego dnia, podczas bodajże 10 katalogu skuszona zapachem z kartki postanowiłam zaryzykować użycie serii Pure skin.
Nigdy nie lubiłam wybierać kosmetyków do twarzy z problemami skórnymi czy trądzikiem. Zazwyczaj zielone czy niebieskie kolory opakowań źle mi się kojarzyły. Wielki wybór na półkach hipermarketów i drogerii powodował, że stałam przed regałami prawie pół godziny i czytałam opisy producentów. Brałam coś do koszyka, znajdowałam coś innego, niby lepszego, więc też brałam, a tamto odkładałam. I się tak kręciłam od półki do półki. W końcu i tak wybierałam źle. Po opakowaniu (a nawet paru użyciach) miałam przesuszoną twarz albo świeciłam się jak Księżyc w pełni, więc używałam takich kosmetyków bardzo sporadycznie. Jestem pewna, że nigdy w życiu nie zamówiłabym Pure skin, gdyby była tylko w kolorze niebieskim.
Grejpfrutowe lody, zapachy jak i same owoce od kilku lat towarzyszą mi coraz częściej. Pamiętam jak mama chciała mnie karmić gorzkim owocem wmawiając, że jest dużo witamin i tak dalej (wiem, wiem, są!), ale to była dla mnie kara. Żadne soki, nawet dodatkowo słodzone nie wchodziły w rachubę. Później zaczęła mnie częstować samym miąszem i takim sposobem można powiedzieć, że się nauczyłam jeść grejpfruty. Później dorosłam do tego, że mój organizm sam potrzebował takiego smaku, więc nauczyłam się również pić grejpfrutowe soki, czasami nawet nałogowo :P
Zapach na kartce mnie zauroczył, stwierdziłam, że takie połączenie serii do twarzy z owocem może być ciekawe. Przekonałam się trochę bardziej na wprowadzeniu katalogu, gdzie miałam możliwość powąchać żel na żywo. Zaryzykowałam i kupiłam.


Pure Skin z grejpfrutem


Żel oczyszczający Pure Skin z grejpfrutem

Pure Skin Face Wash (with Grapefruit)

Opis producenta: Dokładnie oczyszcza skórę, zapobiegając wypryskom i błyskawicznie zmniejszając nieestetyczny połysk. Z ekstraktem z grejpfruta i technologią Detect™, by zwalczać niedoskonałości i dodawać skórze energii. Stosuj codziennie.

Zapach: ♥ ♥
Własnie dlatego wyżej napisałam, że zaryzykowałam. Jak dla mnie grejpfruta czuc bardzo delikatnie. Nie ma tej specyficznej cytrusowej, charakterystycznej goryczki. Dwa serduszka daję jednak za to, że żel nie pachnie jak zazwyczaj żele do oczyszczania twarzy. Ma w sobie pewną świeżość, która jest warta docenienia. Do zapachu grejpfrutowych serii z The Body Shop mu daleko.

Konsystencja i kolor: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Kolor, który w sumie tu akurat jest mało ważny, to transparentny pomarańcz.
Konsystencja kosmetyku jest podobna do trochę rozwodnionego żelu. Nie jest bardzo płynny ani zbyt gęsty. Z łatwością rozprowadza się po twarzy. Po kontakcie z wodą bardzo łatwo jest go spienić.
Brak jakichkolwiek granulek.

Opakowanie: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Jak dla mnie takie opakowania do żelów do twarzy są równie perfekcyjne jak te z pompką. Wieczko zamykane na zatrzask. Miękkie tworzywo, które nawet przy wyciskaniu na pewno nie będzie się łamać (choć z łatwością żel opada na dno, więc wyciskanie ostatnich kropel raczej będzie proste :))

Użycie:
Do użycia wystarczy niewielka ilość żelu rozprowadzona na twarzy z małą ilością wody. Takie połączenie bez problemu można spienić. Żel działa na tyle delikanie, że nie powoduje podrażnień. I jeszcze raz podkreślam, że działa. Na początku trzeba uzbroić się w cierpliwość na 2-3 tygodnie, ponieważ wydobywa wszelkie niedoskonałości na powierzchnię skóry. Skutecznie oczyszcza wszystkie pory, nawet takie, które były mocno zasuszone. Wyciąga wszystko! Szczególnie polecam osobom młodym z problemami w strefie T.  Po użyciu zdecydowanie czuć oczyszczoną twarz. Nie jest naciągnięta, za to bardzo świeża. Faktycznie nie ma połysku!
Aktualnie jestem w trakcie doleczania wyprysków (moją zmorą jest wyciskanie i rozdrapywanie, nie umiem się tego pozbyć), ale p o w a ż n i e widać rezultaty. Myślałam, że jagódki mi pomogły, ale to co zrobił grejpfrut, to wielka zmiana!

PS. Jagódki polecam każdemu bez problemów skórnych. Jeżeli tylko lubicie połączenie jagody i lawendy to nawet się nie zastanawiajcie - zauroczycie się :) (a jak nie, to w Oriflame można zwrócić używany kosmetyk ) 100% gwarancji konsumenta).


Skład: AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE (och, och :(), GLYCERIN, COCAMIDOPROPYL BETAINE (ale szybko redukujemy działanie SLS :)), PEG-7 GLYCERYL COCOATE, COCO-GLUCOSIDE, SODIUM LAUROYL SARCOSINATE, GLYCERYL OLEATE, DISODIUM COCOAMPHODIACETATE, PEG-150 PENTAERYTHRITYL TETRASTEARATE, SODIUM COCOAMPHOACETATE, SALICYLIC ACID, SODIUM CHLORIDE, IMIDAZOLIDINYL UREA, PEG-6 CAPRYLIC/CAPRIC GLYCERIDES, PARFUM, CITRUS PARADISI FRUIT EXTRACT, PROPYLENE GLYCOL, BENZOPHENONE-4, DISODIUM EDTA, MENTHOL, UNDECYLENOYL GLYCINE, SODIUM HYDROXIDE, METHYLPARABEN, CI 14700, CI 15985

Ocena końcowa: ♥ ♥ ♥ ♥
Cena regularna: 23zł/150ml



Tonik Pure Skin z grejpfrutem

Pure Skin Face Toner (with Grapefruit)

Opis producenta: Wspaniały sposób na udany początek i zakończenie dnia! Tonik zwęża pory skórne, zapobiegając zaskórnikom, oraz usuwa pozostałości zanieczyszczeń. Z ekstraktem z grejpfruta i technologią Detect™, które razem zwalczają wypryski i dodają skórze energii. Stosuj codziennie.

Opakowanie: ♥ ♥ ♥ ♥
Tonik jest zakręcany. I tu sama nie wiem co o tym myśleć, ponieważ prkatyczniejsze byłoby zamknięcie na zatrzask, ale zawsze mam wrażenie, że dochodzi tam zbyt wiele powierza i toniki się ulatniają. W sumie, nie przeszkadza mi to, że opakowanie jest odkręcane. Otwór jest na tyle duży, że nie trzeba naciskać tubki, żeby tonik wytrysnął pod wielkim ciśnieniem. Wystarczy delikatnie wstrząsnąć nad wacikiem.

Zapach: ♥ ♥ ♥ ♥
Mocniejszy od żelu. Mnie się bardziej podoba. Jest mocno orzeźwiający i bardziej czuć grejpfrut, ale nadal nie jest to The Body Shop :P

Konsystencja i kolor: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Znów kolor nieporzebny jest do funkcjonowania produktu, ale mimo to napiszę - lekko zabarwiony na pomarańczowy. 

Tonik jak tonik - wodnisty. Nie ma oleistych składników, więc nie ma w nim nic tłustego.

Użycie:
Twarz przecieram tonikiem zazwyczaj po umyciu żelem. Czasami zdaży mi się zapomnieć, ale nigdy nie przemywam całej twarzy tylko tonikiem. Moc orzeźwienia się podwaja. Nie zostawia tłustych śladów ani klejącej się powłoczki. Nie przyklejam się do poduszki ani moje włosy do twarzy. Względnie szybko się wchłania pozostawiając przyjemne uczucie chłodu i zrelaksowanej twarzy. Bardzo lubię moment, kiedy po oczyszczaniu (mam na myśli wyciskanie syfków - bardzo nie lubie tego określenia, fujfuj :P) tonik odczuwalnie działa w porach.
Minusem jednak jest to, że po użyciu tonik nie matuje tak jak żel, więc działanie poprzednika jest rujnowane. Mimo to, nie jest to dla mnie problemem, ponieważ rano nakładam krem na dzień, a wieczorem jest mi obojętne czy odbijam światło żarówek :P Po prostu daję żyć skórze swoim życiem.

Skład: AQUA, ALCOHOL DENAT., BUTYLENE GLYCOL, GLYCERIN, OLETH-20, SODIUM CITRATE, SALICYLIC ACID, ALLANTOIN, PARFUM, CITRUS PARADISI FRUIT EXTRACT, PROPYLENE GLYCOL, DISODIUM EDTA, UNDECYLENOYL GLYCINE, SODIUM BENZOTRIAZOLYL BUTYLPHENOL SULFONATE, METHYLPARABEN, CI 15985, CI 14700

Ocena końcowa: ♥ ♥ ♥ ♥
Cena regularna: 24zł/150ml




XX


środa, 7 sierpnia 2013

Puder pyłkowy

Witam Was!
Po dość długiej przerwie wracam do recenzji. Szczerze mówiąc przez losowanie trochę się odzwyczaiłam od pisania, ale nadrobię!

Oriflame Beauty Studio Artist Loose Powder

Puder pyłkowy Oriflame Beauty Studio Artist

Opis producenta: Ultra-delikatny, sypki puder o przezroczystej formule, aby dopasować się do każdego typu karnacji. Dzięki niemu cera się nie błyszczy i wygląda bez zarzutu. Zawiera kompleks Illuma Flair™, który sprawia, że skóra wygląda naturalnie w każdym świetle.

Opakowanie: ♥ ♥ ♥ ♥  
Puder jest odkręcany, dlatego jeżeli nie zamkniemy źle opakowania, to raczej nie ma możliwości, żeby wysypał się w kosmetyczce.
Kolorystyka opakowania sprawia, że produkt wygląda dość gustownie i elegancko.
Nie mamy bezpośredniego kontaktu z pudrem, ponieważ oddzielony jest wieczkiem z otworkami. I właśnie dlatego minusem było dla mnie pierwsze użycie, ale o tym niżej.
Uważam, że puszek byłby czymś przydatnym w opakowaniu. Jego brak trzeba zastąpić pędzlem.

Zapach: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Brak, co jest plusem.

Konsystencja i kolor: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Zdziwiło mnie to, że puder jest biały. Zazwyczaj kupowałam pudry dobrane do koloru skóry. Trochę się obawiałam, że będzie to widoczne na twarzy. Jakieś rozjaśnienie czy coś podobnego. Absolutnie nic z tych rzeczy! Na twarzy puder jest kompletnie niewidoczny oprócz tego, że matuje.
Wygląda trochę jak zwykły talk lub mąka, choć jego konsystencja jest o wiele lżejsza.

Wydajność: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Swoje opakowanie używam codziennie już od dobrych dwóch miesięcy, a nie widać praktycznie śladów zużycia. 

Użycie:
Jak wspominałam problem sprawiło mi rozpakowanie pudru. Oczywiście nie chodzi o ściągnięcie kartonika, czy o odkręcenie pudełeczka. Oczka w wieczku były zalepione papierem z nieziemsko mocnym klejem. Musiałam bardzo uważać, żeby go odlepić, a jednocześnie nie zrobić wokół siebie białej chmury pyłu. Ciężko poszło, ale w końcu papier udało się oderwać i niestety klej został na opakowaniu. Kupowałam ten puder dla siebie i mamy i w obu przypadkach zrobiło się tak samo. Trochę nieładnie to wygląda, ale da się przeżyć.
Polecam do niego duże pędzle, które szybko nałożą odpowiednią ilość produktu. Ja mam średni, którym macham na wszystkie strony świata i cały pyłek ląduje na dekolcie. Z chęcią zobaczyłabym wersję tego pudru w bardziej luksusowej (Disney'owskie księżniczki i ich pudrowanie noska trochę odbiło mi się na psychice :D) wersji z puszkiem. 
Z samego działania jestem nawet zadowolona. Zauważyłam, że najlepiej matuje skórę, na której nie ma żadnego podkładu. Wtedy utrzymuje się u mnie około 4 godzin. Super współgra z podkładem Ever Lasting, a efekt również widoczny przez parę godzin. Albo mi się wydaje, albo trochę gorzej wypadł z Inglotem, gdzie po 2 godzinach musiałam poprawić matowanie.
Lato i upały nie są dobrym okresem do testowania kolorówki, bo większość kosmetyków spływa zanim zdąży dobrze wyglądać.

Składniki:
ZEA MAYS STARCH, KAOLIN, MICA, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, SILICA, IMIDAZOLIDINYL UREA, CI 77891, CI 77491




Ocena końcowa: ♥ ♥ ♥ ♥

Cena regularna: 45,00zł/7g


Następna notka będzie o mojej zdradzie.
Bądzcie czujni.

piątek, 19 lipca 2013

Terracotta Powder unboxing

Hej, hej! 
Przygotowałam fotorelację z otwierania kosmetyku, który na warsztatach przyciągnął moją uwagę swoim wyglądem i elegancją. Nie mogłam się doczekać momentu w którym będę miała go na wyłączność. Cierpliwie (to dziwne jak na mnie :D) czekałam aż skończę Inglotowy róż o podobnym odcieniu. Chciałam uniknąć tego, że kupię coś nowego i zacznę używać, a końcówka starocia będzie leżeć do utraty ważności. 
W każdym razie Inglota skończyłam, trafiłam na promocję w katalogu i go kupiłam. "Go" czyli co? 
Prosze bardzo:

Oriflame Beauty Terracotta Powder

Brązujący puder Oriflame Beauty Terracotta


Pierwsze co zaskoczyło mnie pozytywnie to fakt, że opakowanie było zawinięte dodatkowo w ochronną piankę, dzięki której obicia nie zaszkodzą przy transporcie pudełka. Do tej pory rzadko (Jeżeli w ogóle? Nie pamiętam, nie zwracałam na to uwagi.) się z tym spotykałam. Perfumy, coś szklanego owszem, ale kolorówka? Dla mnie plusik, tym bardziej, że w wakacje często używam kosmetyczki i nie chciałabym, żeby coś uszkodziło mi opakowanie.


Wyciągam puder z kartonika iii już nie mogę się doczekać momentu użycia. Jestem w gorącej wodzie kąpana i kiedy przychodzi paczka cały świat dla mnie nie istnieje :D Tylko ja, kosmetyki i ich testowanie. 

Kiedy na warsztatach po raz pierwszy rzuciłam okiem na ten puder, to nieszczególnie zwrócił moją uwagę. 
Był zamknięty i przez wieczko zobaczyłam tylko złote fale i trochę się zraziłam, bo błyszczące. A do błyskotek na twarzy można powiedzieć, że się dopiero przyzwyczajam. Zazwyczaj wybieram matowe kosmetyki. 
Parę chwil później menadżerka użyła go do makijażu i "puściła w obieg". Trafił do mnie.
Stwierdziłam, że w sumie ten złoty nie jest taki zły. Po paru użyciach znika i zostaje sam brąz. Całość wygląda jak pustynia i to mnie urzekło. Jeszcze bardziej kojarzy mi się z latem.
Można powiedzieć, że to było zauroczenie od drugiego wejrzenia :)

Warto kliknąć na zdjęcie, żeby zobaczyć produkt w większym rozmiarze.

Żeby zrobić to zdjęcie musiałam bardzo się postarać. Nie policzyłam ile razy zrobiłam ruch pędzlem (między pudrem, a ręką), żeby nałożyć widoczną warstwę, ale było ich sporo.  Próbowałam pędzlęm, później palcem i znowu pędzlęm, a efekt i tak nie jest taki jaki oczekiwałam. Nie wiem co było tego przyczyną. Nie miałam posmarowanych rąk. Na pędzlu i palcu pudru było dużo, na twarzy przyjmował się w normalny sposób. 





Opis producenta: Połączenie naturalnych odcieni brązu i rozświetlających miodowych refleksów dodaje twarzy słonecznego blasku i uszlachetnia rysy. Jedwabista konsystencja i budująca formuła dopasowuje się do każdego typu karnacji. Uwagę przykuwa faktura pudru pofalowana niczym piaskowa plaża.

Opakowanie: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Tak jak wspominałam wyżej plusik za gąbeczkę ochraniającą - mnie się przyda. Plastikowe opakowanie jest gustowne i bez przepychu. Lubię jego zamknięcie na zatrzask. Te dwa wgłębienia ułatwiają otwieranie, więc paznokcie czy palce na tym nie cierpią :)


Zapach: ♥ ♥ 
Jest niewyczuwalny przy użyciu. Dopiero jak przytknęłam nos to poczułam dziwny, brzydki zapach, jakby coś spalonego, duszącego. Nie potrafię do czegoś przypisać tego zapachu. Ale dobre jest to, że żeby go poczuć musiałam bardzo blisko przysunąć puder do nosa, a codziennie tego się nie robi :)

Konsystencja i kolor: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Brązowy, prasowany puder. Jest twardy, nie kruszy się. Przy użyciu pędzla nie zostawia pyłku i nie brudzi wszystkiego wkoło. Żadnego pomarańczowego efektu.

Wydajność:
Złoty wzorek kończy się po paru użyciach. Całości nie jestem w stanie jeszcze określić.

Użycie:
Jak pisałam wyżej dość dziwne jest nakładanie tego produktu. Pędzlem nie da się go nałożyć za dużo. No chyba, że ktoś ma dużo czasu, albo rozsmaruje bezpośrednio całe opakowanie po twarzy :D Nie wiem czy to kwestia pigmentacji, czy co.
Puder faktycznie matuje. Jedyne rozświetlenie, to złote drobinki, które i tak po paru użyciach znikają. Później z pudru robi się zwykły, matujący bronzer. Mnie to nie przeszkadza, a nawet to dla mnie pozytyw. Bardzo ładnie można wykonturować nim twarz. 

Skład:
TALC, MICA, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, NYLON-12, MAGNESIUM STEARATE, HYDROGENATED POLYISOBUTENE, DIMETHICONE, ETHYLHEXYL PALMITATE, CAPRYLYL GLYCOL, PROPYLPARABEN, METHYLPARABEN, TIN OXIDE, CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 77891, CI 19140

Ocena końcowa: ♥ ♥ ♥ ♥

Cena regularna: 42zł/9,5g


wtorek, 16 lipca 2013

Atrakcyjne ceny! & Everlasting

Moje Kochane!
Dzisiaj odebrałam kolejną paczkę i w niej masę ciekawych kosmetyków :)
Mam dla Was bardzo atrakcyjne promocje! Zapraszam tutaj: KLIK
Jeżeli macie jakieś pytania zapraszam do kontaktu poprzez formularz po lewej stronie, bezpośrednio przez mejla zolzamalina@gmail.com albo w komentarzach.

W poprzednim zamówieniu wzięłam dla siebie próbkę podkładu EverLasting Foundation. Miałam możliwość już go wypróbować na warsztatach, ale jakoś nie byłam zdecydowana. Inne są odczucia, kiedy można się pomaziać u siebie w łazience, widzieć wszystko we własnym lustrze, niż w Filii, później wyjść na miasto, a po powrocie do domu zobaczyć efekt po kilku godzinach.
Niemądrze zrobiłam, bo oczywiście zamówiłam sobie cały podkład w czwartek, a próbki nie wykorzystałam... do wczoraj.
Trochę czas mnie gonił i znowu bym zapomniała, że miałam użyć EverLasting i zaczęłam się pacykować starszym, kończącym się podkładem z Inglota (swoją drogą bardzo go lubię, ale chyba odcień jest trochę za ciemny, a wzięłam najjaśniejszy z serii). Na szczęście nie rozsmarowałam go po całej twarzy, więc stwierdziłam, że jeszcze zdążę go zastąpić próbką. Zmyłam, nałożyłam krem i zaczęłam szukać próbki. No i zginęłam we własnym pokoju, haha. Przeszukałam wszystkie torebki, biurko, nawet w szufladach, stolik jeden, drugi, kosmetyczkę. Za Chiny nie mogłam sobie przypomnieć gdzie ją położyłam. W końcu znalazłam! Gdzieś tam leżała sobie kremowa próbeczka, przygnieciona stertą kartek. Szybko rozerwałam opakowanie i kontynuowałam malowanie.


No i się zaczęło. Przerażenie, trochę strachu i od razu myśli "po co ja go zamawiałam przed testem, od razu po otworzeniu paczki w biurze zostawię ten podkład w cholerę!". Konsystencja bardzo przypominała mi rozświetlający podkład z Avonu, którego nie skończyłam do tej pory i buteleczka kurzy się gdzieś w łazience. Zrobiłam parę oddechów i na spokojnie  rozsmarowywałam kremową konsystencję. No i znowu pesymistyczne myśli przebiegły mi po głowie, że słabo się rozprowadza, że nie kryje jak powinien, błyszczę się jak księżyc w pełni, po co ja zmazywałam kończącego się Inglota! Dałam parę chwil na utlenienie, poprawiłam strefę T pudrem pyłkowym, podkreśliłam różem kości policzkowe. Było o pół nieba lepiej, bo  na pewno nie całe. Nie wiem czy przez sztuczne światło w łazience wydawało mi się, że jestem blada jak ściana. Może przez ten pierwszy szok faktycznie zrobiłam się blada :P Wyskoczyłam do toaletki, obejrzałam się w dziennym świetle i było w miarę ok. Nie miałam czasu na kolejne zmazywanie, więc wytuszowałam oczy, maznęłam trochę pomadki i zeszłam do kuchni, żeby sięgnąć po opinię mamy. Mamo, zobacz na moją twarz, wygląda normalnie? W miarę naturalnie? - spytałam i dostałam odpowiedź, że jest fajnie, naturalnie i kolor całkiem dobrze komponuje się w mój odcień cery. Meeega mi ulżyło, serio. Znowu poszłam do lusterka i  znowu wyglądałam o 1/4 nieba lepiej niż na początku (to już w sumie 3/4 nieba :D).
Zaryzykowałam i wyszłam z domu z tym czymś na twarzy. Nie czułam na twarzy kompletnie nic, żadnego uczucia ciężkości ani tłustych miejsc.
Kiedy wróciłam i spojrzałam w lusterko efekt utrzymywał się całkiem nieźle, ale nie idealnie. W niektórych miejscach zauważyłam smugi, ale to raczej dlatego, że przerażenie wzięło górę i nałożyłam sobie taką masę specyfiku, że nasiąknęłam jak gąbeczka. Mimo wszystko nie było efektu maski - wielki plus! Wieczorem, a raczej w nocy, kiedy chciałam zrobić demakijaż cała "tapetka" nadal była obecna. Taki efekt już dopuszczałam do myśli, bo nie pudrowałam noska od momentu wyjścia z domu, ale o zmycie podkładu musiałam sie bardzo postarać.
Dzisiaj na spokojnie wycisnęłam końcówkę próbki i jak zazwyczaj się pomalowałam. Już bez żadnych czarnych myśli stwierdziłam, że podkład jednak prezentuje się całkiem dobrze i nie będę go odsyłać jeżeli masa w buteleczce nie będzie się znacząco różnić od próbki. Chyba po prostu znalazłam dobrze dobrany kolor i się wystraszyłam własnego odbicia, haha. :D
Pełnowymiarowy produkt przyszedł i nadal leży w paczce, trochę boję się go wyciągać. Będą dwa wyjścia: albo zostanie ze mną na zawsze albo wyślę go na wieczną wycieczkę do Oriflame i nigdy już go nie zamówię.
Recenzja za jakiś czas.
Stay tuned!

Edit: Uwielbiam Bloggera i to, że zapisuje każde słowo. ♥ Przez przypadek cofnęłam stronę i zamarłam, że straciłam całą notkę.


poniedziałek, 3 czerwca 2013

Pierwsze warsztaty

Moje pierwsze warsztaty i tak naprawdę pierwsze spotkanie z kosmetykami Oriflame było dość dużym zadziwieniem.
Weszłam do pokoiku ze stolikiem zasłanym zielonym obrusem, paroma krzesłami i duuużą ilością kosmetyków.
Przyszłam jako pierwsza, ponieważ wychodzę z założenia, że lepiej być chwilę przed niż chwilę po. Od razu poczułam się swobodnie i  zaczęłam testować kosmetyki. Głównie interesowała mnie kolorówka, bo na chwile obecną perfum mam pod dostatkiem.
Chyba jako pierwsza rzecz, która wpadła mi w oko były lakiery do paznokci. Użyłam jeden kolor, ale jego konsystencja nie przypadła mi do gustu. Następnie padło na rozświetlający puder w kulkach. Zawsze chciałam mieć takie coś, ale nie było okazji do kupna.
Wstępnie przejrzałam katalog i po chwili Justyna zaczęła spotkanie.
Na początku wybrała jedną chętną z trzech uczestniczek do pokazu makijażu. Ja się nie zgłosiłam, byłam tylko obserwatorką. Na "Króliczku doświadczalnym" najpierw przeprowadzono demakijaż, a później stopniowo dobierane były kosmetyki. Oczywiście odpowiednie do wieku i typu cery. Justyna przy okazji przekazywała nam wiele kosmetycznych wskazówek.
W międzyczasie polecone zostały między innymi tonik, żel i krem z organicznymi ekstraktami z jagody i lawendy, krem do rąk z energetyzującą miętą i maliną.
 Ich zapachy mnie powaliły i praktycznie non stop wąchałam zawartość opakowań. Stały się moimi faworytami! 

Po makijażu przeszłyśmy na temat firmy. Najbardziej przemówiły do mnie poniższe argumenty:
- produkty są tworzone na bazie naturalnych składników,
- przystępne ceny jak na kosmetyki, których producenci twierdzą, że są w dużej mierze naturalne,
- Oriflame nigdy nie testowało i nie będzie testować kosmetyków i ich składników na zwierzętach,
- możliwość zwrotu każdego produktu, który jest wykorzystany nawet w 30% i otrzymanie zwrotu pieniędzy.
No i dodatkowo program lojalnościowy w którym można było zdobyć rozświetlające kuleczki. Można uznać, że zostałam kupiona :D Podpisałam umowę i zostałam konsultantką.


Dzisiaj mój pierwszy ulubieniec, a raczej ulubieńców dwóch:

Żel i tonik z organicznymi ekstraktami z jagody i lawendy
(Przepraszam za kiepskie światło)
Produkty przeznaczone są do każdego typu skóry, w każdym wieku.

Opis serii przez producenta: Jagody są bogatym źródłem silnych antyoksydantów. Chronią skórę przed stresem środowiskowym i szkodliwym wpływem czynników zewnętrznych. W medycynie ludowej od wieków stosowano jagody do łagodzenia podrażnień i nawilżania skóry.
Lawenda przywraca równowagę, wycisza i uspokaja.


Pure Nature Organic Blueberry & Lavender Extract Calming Face Wash

Kojący żel oczyszczający z organicznymi ekstraktami z jagody i lawendy

Opis producenta: Oczyszcza, a jednocześnie nawilża, uspokaja i koi skórę za sprawą organicznych ekstraktów z jagody i lawendy.

Zapach: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Zniewalający, słodki, dokładnie wyczuwalne jagody i lawenda.


Konsystencja i kolor: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Żel, bardziej wodnisty niż galaretowaty. Przezroczysty z lekkim zabarwieniem fioletu.

Opakowanie: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Schludny projekt, bez przepychu. Poręczne - nie narzekam, choć chętnie zamieniłabym zakrętkę na klapkę.

Użycie: Dobrze rozprowadza się na zwilżoną twarz. Powoduje, że skóra robi się miękka, nawilżona i faktycznie czuć ukojenie. Nie podrażnia.


Skład: AQUA, SODIUM C12-15 PARETH SULFATE, PEG-120 METHYL GLUCOSE DIOLEATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, GLYCERIN, DECYL GLUCOSIDE, OLETH-20, PHENOXYETHANOL, PARFUM, METHYLPARABEN, SODIUM CHLORIDE, CITRIC ACID, PROPYLPARABEN, ETHYLPARABEN, LAVANDULA ANGUSTIFOLIA EXTRACT, VACCINIUM MYRTILLUS EXTRACT, LINALOOL, POTASSIUM SORBATE, TOCOPHEROL, SORBIC ACID, CI 17200, CI 42090

Ocena końcowa: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Cena regularna: 25,00zł/150ml


Pure Nature Organic Blueberry & Lavender Extract Calming Toner

Kojący tonik z organicznymi ekstraktami z jagody i lawendy

Opis producenta: W 100% organiczne ekstrakty z jagody i lawendy koją, orzeźwiają i chronią skórę, łagodzą podrażnienia.

Zapach:    ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Osobiście uwielbiam słodkie zapachy. To on skłonił mnie do zakupy tych produktów. Mogłabym wiecznie go wąchać, jak dla mnie jest wspaniały.

Konsystencja i kolor:  ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
Wodnista. Nie zostawia tłustej warstewki. Przezroczysty.

Opakowanie:  ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ 
Tak samo schludne jak żel. Opakowania 150ml w sam raz do kosmetyczki - nie za duże, nie za małe. Nie pogardziłabym gdyby opakowania były również 200ml luz 250ml. 

Użycie: Dobrze oczyszcza. Leciutko naciąga skórę. Widać, że mocno nawilża zewnętrzną warstwę skóry. Szybko wnika. Pozostawia trwały, przyjemny zapach. 

Skład: AQUA, PEG-40 HYDROGENATED CASTOR OIL, GLYCERIN, PHENOXYETHANOL, IMIDAZOLIDINYL UREA, PARFUM, PANTHENOL, SODIUM CITRATE, METHYLPARABEN, DISODIUM EDTA, PROPYLPARABEN, ETHYLPARABEN, LAVANDULA ANGUSTIFOLIA EXTRACT, LINALOOL, VACCINIUM MYRTILLUS EXTRACT, CITRIC ACID, POTASSIUM SORBATE, SODIUM HYALURONATE, SORBIC ACID, CI 17200, CI 42090

Ocena końcowa: ♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Cena regularna: 23,00zł/150ml



Zużycie, a czas użytkowania: Oba produkty używam od około miesiąca przynajmniej 1-2 razy dziennie. W tym czasie zużyłam prawie cały kosmetyk. Została mi końcówka - linia toniku jest mniej więcej przy dolnej granicy etykietki.

Efekty używania serii: Na początku myślałam, że będzie to kolejny przeciętniak. A tu miła niespodzianka! Widoczna poprawa stanu cery nawet przez inne osoby :). Do tej pory miałam niedoskonałości, ale nie był to trądzik, a bardziej rozszerzone pory, zwłaszcza w strefie T. Po 2-3 tygodniach znajomi zaczęli zauważać zmiany :) Pory zostały oczyszczone i przymknięte - z tego jestem najbardziej zadowolona! Pozostałe obszary twarzy są gładkie. Czuć nawilżenie! Chyba znalazłam swój ulubiony zestaw do pielęgnacji twarzy :)



Moje dzisiejsze łowy :) (Ponownie jagodowy żel :))

Buziaki! :)